Wyprawa rowerowa dookoła Krakowa

Posted by in Przygody, Rowerowe

Wyprawa dookoła Krakowa może dla Ciebie brzmieć dość kuriozalnie. Nie mniej jednak pewnego pięknego dnia stwierdziłem: „Wyruszam w podróż dookoła… Krakowa”. Powiedziałem o tym kilku osobom. Kiedy o tym usłyszeli, popukali się w czoło. Ale kiedy spojrzałem im głębiej w oczy, to gdzieś za uśmiechem zażenowania kryła się iskierka ekscytacji.

W końcu miała to być pierwsza oficjalna tego typu wyprawa w historii świata! Pełna niebezpieczeństw i przeciwności. Długo czasu minęło, zanim zdecydowałem się wyruszyć, ale wyruszyłem i…

…dokonałem tego wyczynu. A był to wyczyn nie lada, wymagający wielu godzin przygotowań, mocnej psychiki i fizycznej wytrzymałości.

Zapraszam Cię do przeczytania tego nie ukrywam długiego artykułu. Lecz jeśli chodzi Ci po głowie podobny pomysł, to tu znajdziesz odpowiedzi na większość pytań.

Jak rzucić wszystko i wyruszyć rowerem dookoła Krakowa?

rowerem dookoła Krakowa - trasa

Jest kawał trasy!

Rok temu o tej porze mknęliśmy trzema małymi autami po drogach i bezdrożach Gruzji. Była to jedna z największych przygód w moim życiu, ale po powrocie coś nie dawało mi spokoju. Było to pytanie: „Kiedy znów będę mógł czegoś takiego doświadczyć?”. Kiedy uda mi się zebrać wystarczającą kwotę pieniędzy? Kiedy wygospodaruję tak dużą ilość wolnego czasu? Kiedy będę gotowy, aby podołać kolejnemu wyzwaniu?

Myślałem i myślałem, aż w końcu uświadomiłem sobie, że najtrudniej jest pokonać barierę przejścia z osoby marzącej o wielkiej przygodzie do osoby, która taką przygodę realizuje.

Czytałem kiedyś artykuł człowieka, który spędził 4 lata podróżując rowerem dookoła świata. Tłumaczył on, że każdy dzień takiej wyprawy jest taki sam:

  1. Wstajesz rano.
  2. Jedziesz.
  3. Kładziesz się spać.

Oczywiście zmieniają się miejsca, krajobrazy, ludzie, klimat, ale mimo to każdego dnia musisz wsiąść na rower i pedałować.

To oznacza, że wychodząc z domu i próbując jechać przez jeden dzień, dwa, tydzień, możemy się poczuć jak podczas rowerowej podróży dookoła świata.

Jest tylko jeden mały problem…

To nie jest nic niebanalnego.

Zupełnie inaczej brzmi: „Odbyłem podróż rowerem dookoła świata”, a inaczej: „Odbyłem podróż rowerem dookoła Krakowa”.

Już nawet „Podróż rowerem dookoła Polski” jest przy tym czymś nietuzinkowym.

Podróż dookoła świata, a nawet podróż dookoła Polski zarezerwowana jest wyłącznie dla wybitnych jednostek. Przeciętny człowiek nie jest w stanie z dnia na dzień porzucić wszystkiego, zamknąć za sobą drzwi od mieszkania i wyruszyć.

Pisałem kiedyś o problemach związanych z listą marzeń. Jeżeli Twoim marzeniem jest podróż dookoła świata, ale nie masz wyznaczonej daty realizacji i nie odkładasz jeszcze pieniędzy, to marne szanse, że kiedykolwiek ją odbędziesz.

Mamy tendencję do wyznaczania sobie celów wielkich, ambitnych i okraszonych patosem.

Tylko, że takie cele nas przytłaczają. Wymagają ogromnej chęci i motywacji. Nie jesteśmy w stanie nawet zacząć ich realizacji. Pierwszy krok nie jest wtedy trudny. On jest prawie niemożliwy do zrobienia, jeśli w perspektywie mamy takich kroków powiedzmy 10 tysięcy.

Dlatego odkładamy nasze marzenia w nieskończoność, zamiast zrobić coś z tym, co mamy. Nie potrafimy zrozumieć, że cokolwiek, to zawsze więcej niż nic.

Jeden, a nie pierwszy

Od dłuższego już czasu stosuję zasadę jednego kroku. Jeśli nie jestem w stanie zrobić pierwszego kroku, bo przeraża mnie perspektywa kolejnych, zadowalam się zrobieniem tylko jednego kroku.

Zrobienie jednego kroku jest banalnie proste. Można go zrobić w zasadzie w każdym momencie.

Gdybym poprosił Cię teraz o przerwanie czytania i przejście jednego kroku, to z dużym prawdopodobieństwem zrobisz to. Jeśli poprosiłbym Cię o przejście 10 km. Byłoby już trudniej. Ba! Gdybym poprosił Cię o kilometr, czy nawet 100 metrów, to miałbyś zdecydowanie większe opory. Tak samo jest z marzeniami.

rowerem dookoła Krakowa

Czasami wystarczy po prostu wsiąść na rower i ruszyć przed siebie.

Zasada jednego kroku pozwala doświadczyć realizacji czegoś wielkiego, nie robiąc nic wielkiego.

Stosowanie tej zasady jest szybkie, tanie i łatwe.

Poza tym, pomyśl – jeśli raz w tygodniu robiłbyś zaledwie jeden krok, to po roku będziesz ich miał ponad 50. Odnosząc to do podróży dookoła świata – jeśli raz w tygodniu wyruszysz w jednodniową wyprawę rowerową, to po 12 latach będziesz miał prawie tyle samo doświadczeń, jak po 4-letniej podróży dookoła świata. Zajmie Ci to zaledwie 3 razy więcej czasu i nie musisz się nawet oddalać od domu.

Powiesz, że 12 lat to cholernie dużo. W takim razie, jakie są szanse, że w ciągu tych najbliższych 12 lat wyruszysz rowerem dookoła świata? Dookoła Europy? Dookoła Polski?

Pamiętaj – cokolwiek to więcej niż nic.

Właśnie dlatego przy pierwszej nadarzającej się okazji, zostawiłem za sobą wszystkie sprawy, zamknąłem drzwi, wsiadłem na rower i zacząłem jechać przed siebie (to nawet brzmi jak początek relacji z podróży dookoła świata).

Dlaczego rowerem?

Dobre pytanie. Odpowiedź jest prosta – ponieważ rower pozwala doświadczać podróży na podobnym poziomie, co wędrowanie piechotą, ale jest szybszy.

Podróżowałem już autostopem, samochodem, samolotem, promem, pociągiem, autokarem i każda z form podróży ma swoje plusy i minusy. Jednak żadna z wymienionych nie jest dla mnie podróżowaniem w pełni. Brakuje jednego ważnego elementu – wysiłku fizycznego.

Samochodem możesz pokonać kilkaset kilometrów w kilka godzin. Rowerem w tym samym czasie maksymalnie kilkadziesiąt. Ale w drugim przypadku każdy kilometr jest Twój, bo Ty włożyłeś czy włożyłaś wysiłek, aby każdy z tych kilometrów przejechać.

Podróżowanie pieszo lub rowerem uczy bardzo wiele o życiu. Między innymi tego, że trzeba pracować, aby mieć efekty, albo, że za każdą pomyłkę trzeba zapłacić (np. gdy się zgubisz i musisz nadrobić kilometrów). Podróżowanie z wykorzystaniem ogólnodostępnych środków transportu pozwala pokonywać duże odległości w krótkim czasie, ale przez to uczymy się szukania dróg na skróty i oczekiwania natychmiastowych efektów.

Trasa rowerowa wokół Krakowa

Trasa wokół Krakowa biegnie granicami administracyjnymi miasta, przecinając gminy ościenne, należące do tzw. Metropolii Krakowskiej.

W naszym przypadku było to 12 gmin. Dlaczego 12? Bo to fajna liczba. Jest 12 godzin, 12 miesięcy, 12 Apostołów i 12 gwiazd w fladze Unii Europejskiej. 12 gmin pasuje więc idealnie do takiego pełnego domknięcia wizji podróżowania dookoła tak, jak 12 godzin pasuje do okrągłej tarczy zegara.

Nowa Huta

Pole ziemniaków z Nową Hutą w tle.

Wspomniane gminy to Zabierzów, Wielka Wieś, Zielonki, Michałowice, Kocmyrzów-Luborzyca, Niepołomice, Wieliczka, Świątniki Górne, Mogilany, Skawina i Liszki.

Pominęliśmy gminy Koniusza i Igołomia-Wawrzeńczyce po pierwsze ze względu na to, że przez przypadek skręciliśmy o jedno skrzyżowanie za wcześnie i wjechaliśmy do Krakowa, a po drugie i tak musielibyśmy taki manewr później wykonać, ponieważ aby dotrzeć do Niepołomic należy przeciąć Wisłę mostem, który leży wewnątrz granic Krakowa na drodze krajowej nr 75.

Całą trasę podzieliliśmy na dwa odcinki po około 60 km.

Poniżej zapisy trasy z Endomondo.

Pierwszego dnia przejechaliśmy gminy Zabierzów, Wielką Wieś, Zielonki, Michałowice i Kocmyrzów-Luborzycę, docierając do Wisły, za którą już czekały na nas Niepołomice. Tam zrobiliśmy sobie nocleg.

zapis trasy Endomondo rower Kraków

Dzień 1 wyprawy dookoła Krakowa – granice północne (dane online)

Drugiego dnia natomiast przejechaliśmy przez Niepołomice, Wieliczkę, Świątniki Górne, Mogilany, Skawinę i Liszki.

zapis endomondo rower Kraków

Dzień 2 wyprawy dookoła Krakowa – granice południowe (dane online)

Ktoś może stwierdzić, że podróż wokół własnego miasta nijak się ma do podróży dookoła świata. Ale podobnie jak tam, z dnia na dzień zmienia się krajobraz, tak tutaj, w skali mikro krajobraz zmienia się z godziny na godzinę.

Wystarczy dobrze się przyjrzeć, aby stwierdzić, że północne gminy to wielkie połacie pól uprawnych, na których rosną zboża, kukurydza, ale również kapusta czy ziemniaki. Natomiast od południa teren jest bardziej górzysty stąd łąki i pastwiska poprzecinane lasami, jak błękitne niebo chmurami.

Infrastruktura, jak przystało na gminy sąsiadujące z drugim pod względem wielkości miastem w Polsce jest bardzo dobrze rozwinięta – równe drogi, czyste chodniki, czasami nawet ścieżki rowerowe się pojawiają. Jedzie się wśród zabudowań, chociaż od czasu do czasu można wjechać w polną drogę lub wydeptaną ścieżkę, gdzie ściana zbóż po jednej i po drugiej stronie sprawia wrażenie, jak gdyby się szło niczym Mojżesz suchą stopą po dnie złotego Morza Czerwonego.

Ponieważ ruch na obrzeżach miasta jest porównywalny do tego w centrum, nie ma się co dziwić, że mikroprzedsiębiorczość kwitnie. Co jakiś czas można się zatrzymać przy małym prywatnym sklepie, kupić lody pomarańczowe i celebrować ich smak, siedząc na krawężniku. Sklepy otwarte są od samego rana do późnego wieczora. W weekendy również. Kupowanie wody i jedzenia na zapas za bardzo nie ma więc sensu. Lepiej uzupełniać zapasy po drodze.

Ponieważ  przecina się dolinę Wisły wzdłuż i w poprzek, można poczuć się jak na rollercoasterze – najpierw powoli wspinać się pod górę (czasami trzeba było nawet zejść z roweru, bo górka okazywała się zbyt stroma), żeby później z dużą prędkością (w najlepszym momencie udało się osiągnąć 55 km/h – prawie mi urwało głowę) cisnąć w dół. Poza tym jazda była raczej spokojna – średnio 12 km/h.

Cała trasa miała długość 130 km, a jeżeli odjąć dojazd na obrzeża to około 117 km. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy kolarze taką odległość pokonują na jednym treningu, ale dla osoby, która jeździ wyłącznie rekreacyjnie jest to już porządny wyczyn.

ulica Hektary w Krakowie

-Gdzie mieszkasz?
-Na Hektarach!

Podróżowanie po swojej okolicy jest super. Jeżeli twierdzisz, że mieszkasz w miejscu, gdzie nic nie ma, to jesteś w błędzie. Czasami wystarczy trochę się skupić, aby odkryć ciekawe miejsca i czegoś nowego się nauczyć. Bo chyba po to się podróżuje, co nie?

Dla mnie czymś wyjątkowym były nazwy ulic na obrzeżach miasta. Dzień po powrocie z wyprawy poszedłem do sklepu i kupiłem chleb. Kiedy robiłem sobie kanapki, rzucił mi się w oczy adres piekarni – ul. Matematyków Krakowskich. Wtedy sobie przypomniałem, że mijaliśmy tę ulicę dzień wcześniej i nawet mniej więcej kojarzę, w którym to było miejscu. Znajomość tego faktu wywołała we mnie nie mniejszą satysfakcję niż znalezienie 100-złotowego banknotu na ulicy.

Sprzęt, czyli co zabrać ze sobą

Rower

rower bagaż

Tuż przed wyjazdem rower prezentował się tak.

Rower jaki jest każdy widzi. Nie jest to profesjonalny sprzęt, ale jeździ i to nawet dobrze jeździ. Kilka lat temu kupiłem go za 320 zł. Nie wiem, jaka była jego przeszłość, ale od tamtej pory przejechał już kilka tysięcy kilometrów i wcale się nie starzeje. Nie wygląda wprawdzie na młodzieniaszka, którego lakier lśni w słońcu, ale zwinności i szybkości niejeden nowy góral by mu pozazdrościł.

Kiedy go kupiłem miał wyposażenie w wersji „Standard”, a jedynym dodatkiem był bagażnik, który według mnie jest podstawą, jeżeli chce się cokolwiek rowerem przewozić. Oczywiście można się spakować w plecak, ale komfort jazdy z plecakiem na plecach znacznie spada już po pierwszych kilku kilometrach. Dokupiłem jeszcze dzwonek, światła (tylne zostało skradzione, więc kupując kolejne szukałem takiego, które można bez problemu zdejmować) i zapięcie.

Zanim zdecydowałem się na kupno roweru, dostałem od pewnego Kenijczyka kask rowerowy (tutaj cała historia). Jeżdżę w nim nie tylko dlatego, że kierowcy samochodów nie zawsze zwracają uwagę na rowerzystów. Ponieważ często wybieram dziwne trasy, jest to też dobra ochrona przed przerysowaniem twarzy po oberwaniu jakąś gałęzią. A jak jest zimno, to w kasku zawsze cieplej. 🙂

Bagaż

Ponieważ nie mieliśmy sakw, wykorzystaliśmy 2 zwykłe tekstylne worki, usztywnione kawałkiem tektury od strony przylegającej do ramy (żeby materiał nie ocierał o szprychy). Rozwiązanie było uciążliwe, bo worki bujały się w czasie jazdy i co jakiś czas trzeba je było poprawiać. Dopiero po przymocowaniu ich za pomocą gumowych linek mocujących problem zniknął i pedałowało się znacznie wygodniej.

Worki nie były nieprzemakalne, więc na wszelki wypadek wszystkie ubrania do nich pakowane były dodatkowo włożone do foliowej torby.

Na dwie osoby spakowaliśmy wszystko w te 2 worki i mały plecak, a namiot, karimatęśpiwór przytroczyliśmy bezpośrednio do rowerów. Okazało się jednak, że można było spokojnie zrezygnować z części jedzenia i wody, bo tak jak wspomniałem – sklepów na trasie było sporo.

Sam nauczony doświadczeniami z wędrówki Szlakiem Orlich Gniazd zrezygnowałem z karimaty i śpiwora, ograniczając się do pomarańczowego worka surwiwalowego, który zajmuje znacznie mniej miejsca i ma wiele praktycznych zastosowań. W sytuacji kryzysowej dobrze napompowany i zawiązany może być nawet pontonem!

Namiot

Przydał się natomiast namiot, który w czasie nocnej burzy skutecznie stawiał opór gwałtownym porywom wiatru i spadającym z impetem kroplom deszczu, mimo że nie był przymocowany żadnym śledziem (chociaż nad ranem okazało się, że trochę wody w rogu jednak się zgromadziło).

Tym namiotem jest ABARQS Domepack 2 – kupiłem go 2 lata temu na promocji za około 50 zł. Jest banalnie prosty w rozkładaniu i składaniu, bardzo lekki i poręczny. Minusem jest tylko jedna warstwa, która skutkuje słabszą wentylacją wewnątrz. Ja wolę jednak spać z otwartym wejściem, bo czuję się bezpieczniej, widząc, co dzieje się na zewnątrz, więc problem kondensacji pary wodnej na ściankach niejako samoczynnie znika.

Namiot przeżył wyjazd autostopowy na Łotwę, zimowy trekking w Broumowskich Skałach i ponad miesiąc tripersowych wojaży po Gruzji.

Ubrania

Na rowerową mikroprzygodę wystarczy zabrać 2 komplety ubrań: jeden do jazdy (zakładany na siebie) i drugi, cieplejszy na noclegi (spakowany do bagażu). Do tego bluzę lub kurtkę na wypadek chłodniejszego dnia i jedną uniwersalną parę butów (do jazdy i do chodzenia).

minimailistic sponsorem wyprawy

Sponsorami wyprawy byli: Matka Natura i Minimailistic

Zawsze przydatne

Nieodłącznym towarzyszem moich wypraw jest scyzoryk, dzięki któremu można posmarować rano bułkę pasztetem, ale można też naprawić drzwi w Corsie. Druga rzecz to latarka – przydaje się, aby rozłożyć namiot po zmroku, albo poszukać drewna na ognisko. Najlepsza wydaje się czołówka, ponieważ ma się wtedy wolne ręce.

Często przydatna jest też srebrna taśma Duct Tapeopaski zaciskowe popularnie nazywane trytytkami (nie zajmują miejsca, a warto zawsze kilka mieć, aby coś przymocować.

Elektronika

Na taki wyjazd staram się nie zabierać zbyt dużo elektroniki, ale kamera to must have. Używam wycofanej już ze sprzedaży kamery sportowej Redleaf RD990. Jest ze mną od 2014 roku. Kosztowała wtedy około 650 zł. Autostopowy wypad do Słowenii był pierwszym sfilmowanym za jej pomocą.

Od tamtej pory była ze mną na wszystkich moich wyprawach, a czasami też towarzyszyła moim znajomym (np. w podróży do Indii czy na Sri Lankę). Jest już trochę zniszczona przez to, że raczej jej nie oszczędzam, kiedy poszukuję ciekawego kadru, ale wciąż dobrze się sprawuje. Poza tym, można ją przypiąć do kierownicy roweru, co podczas podróży dookoła Krakowa sprawdziło się znakomicie.

Zdjęcia robię telefonem, ale nie robię ich wiele. Marzy mi się lustrzanka z funkcją wideo, żeby materiały były jeszcze lepsze, ale uważam, że najpierw należy nauczyć się robić dobre zdjęcia i kręcić dobre wideo oraz obrabiać i montować materiały, aby myśleć o lepszym sprzęcie.

Nawigacja

Podstawową nawigację ogarnęliśmy za pomocą mapki wydrukowanej z Google Maps. Do wyznaczania trasy między odcinkami przydała się nawigacja GPS Garmin Etrex. Nawet bardzo się przydała, bo niektórych ścieżek, którymi się poruszaliśmy, nie było nawet na mapach Google.

Jeśli zamierzasz spać na dziko, a używasz urządzeń śledzących, publikujących dane online tj. Endomondo, pamiętaj, aby dla swojego bezpieczeństwa wyłączyć śledzenie minimum kilometr od miejsca noclegu. Podobnie przy udostępnianiu zdjęć z kempingu na dziko, wyłącz ustawienia geolokalizacji w swoim smartfonie. Oczywiście raczej nikt Cię nie śledzi, ale dla spokoju myśli, takie daleko idące środki ostrożności warto zastosować.

Toaleta

W trakcie moich poprzednich podróży bywałem czasami strasznie zniesmaczony, kiedy zatrzymywaliśmy się przy rzece lub jeziorze, a moi znajomi brali do ręki butelkę żelu pod prysznic, wypływali na środek zbiornika i zażywali relaksacyjnej kąpieli po trudach podróży.

W takich chwilach powiedzenie „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” nabierało nowego znaczenia. Pomyśl, że jeśli każdy będzie zostawiał w wodzie nawet niewielkie ilości środków chemicznych, to w końcu nie będzie można się w niej wykąpać, tak będzie skażona.

Znacznie lepiej jest brak kąpiel na brzegu. Nawet jeżeli staniemy kilka metrów od wody, to ziemia choć trochę przefiltruje to, co z nas spłynie, zanim trafi to do rzeki czy jeziora.

Żeby się umyć, wystarczy mały flakonik rozwodnionego szamponu. Taki szampon w przeciwieństwie do nierozcieńczonego można rozprowadzić na suchą skórę. Najlepiej zacząć od głowy, a potem delikatnie spłukiwać wodą z butelki. Dzięki temu ilość wykorzystywanego szamponu znacząco spada, ponieważ do umycia dolnych partii ciała, używamy tego, który spływa z górnych.

Półtoralitrowa butelka wody (nalanej z kranu lub nabranej z rzeki) spokojnie wystarcza na taką kąpiel. Mój rekord to mniej niż 0,5 litra zużytej wody na jedną kąpiel.

Podobnie rzecz ma się z myciem zębów. Super, że zawsze masz ze sobą szczoteczkępastę do zębów (osoby, z którymi rozmawiasz mogą być Ci wdzięczne), ale nigdy, przenigdy nie płukaj ust wprost do zbiornika wodnego, bo być może ktoś będzie chciał kiedyś jeszcze w nim popływać!

Jedzenie

Część jedzenia przygotowaliśmy przed wyjazdem, zabraliśmy więc też plastikowy pojemnik na jedzenie menażkę Quechua, w które jedzenie zostało spakowane. Do tego podróżnicze, plastikowe widelce (oczywiście jeśli nie masz takich, to możesz zabrać tradycyjne – metalowe, chociaż szczególnie przy pieszych wędrówkach z plecakiem, każdy gram ma znaczenie).

Do tego wszystkiego zawsze warto dodać jakieś źródło ognia – zapałki lub zapalniczkę. Pamiętam, że podczas wyprawy do Gruzji mieliśmy krzesiwo, ale i tak korzystaliśmy z zapalniczki, bo nikt nie umiał niczego rozpalić za pomocą krzesiwa.

Porządek

Kluczowe okazało się posiadanie worków na śmieci. Nawet nie po to, żeby posprzątać po sobie, bo staraliśmy się nie produkować zbyt wiele śmieci, ale po to, aby posprzątać po innych. Kiedy znaleźliśmy całkiem fajne miejsce na nocleg, okazało się, że owszem – widok ładny, ale wokół leżały śmieci pozostawione przez Ktosia. Ktoś widocznie gustował w spożywaniu napojów wyskokowych w blasku płomieni ogniska.

śmieci

Przed i po. Trochę tego było.

Od tego wyjścia na kopiec zawsze mam w plecaku robocze rękawiczki i worek na śmieci. Mogą się przydać przy takich sytuacjach jak ta, bo wprawdzie śmieci nie nasze, ale jeśli my ich nie posprzątamy, to nikt ich nie posprząta. Taka prawda.

Po drugie, gdyby się okazało, że ktoś z sąsiedztwa dostrzegł naszą obecność i postanowił sprawdzić to sam, albo wezwał stosowne służby, to wytłumaczenie się z porozrzucanych śmieci spadłoby na nas, a nie na tego, kto je tu zostawił.

Natomiast, pozbieranie nieswoich śmieci to doskonała karta przetargowa i wytłumaczenie na przykład Straży Miejskiej, że jesteśmy przykładnymi obywatelami i chcieliśmy tylko rozbić w tym miejscu namiot byłoby znacznie łatwiejsze i pewnie nikt nie robiłby z tego wtedy żadnych problemów.

Śmieci następnego dnia trafiły oczywiście do kosza. Swoją drogą to trochę dziwne, że ludzie marnują energię na przyniesienie ciężkich siatek pełnych piwa, a nie są w stanie zabrać z powrotem ze sobą ultralekkich puszek po tymże piwie. Lenistwo? Ignorancja? Głupota?

Kemping, czyli gdzie spać na dziko?

Wybór miejsca na nocleg jest dla mnie zawsze przypadkowy, bo dzięki temu mogę znaleźć prawdziwe perełki. Nie mniej jednak można się przygotować na poszukiwanie takich miejsc poprzez sprawdzenie na mapie położenia:

  • zbiorników wodnych
  • wzgórz
  • lasów
  • punktów widokowych

Ważne, aby punkt noclegowy był z dala od zabudowań, a jeśli musimy rozbić się gdzieś blisko, warto spytać kogoś o pozwolenie.

Wybór sprowadza się do kilku kryteriów:

  • Czy jest niewidoczne z drogi i okien domostw?
  • Czy jest na tyle płaskie, że można rozbić namiot?
  • Czy jest bezpieczne na wypadek burzy lub gwałtownego deszczu?
  • Czy można w tym miejscu rozpalić ognisko? (dodatkowy atut)
  • Czy widok jest ładny? (dodatkowy atut)
  • Czy można popływać w rzecze/jeziorze? (dodatkowy atut)
zachód słońca nad Wisłą

Możliwość podziwiania zachodu słońca, to dodatkowy atut dobrego miejsca noclegowego.

Bardzo mnie boli, kiedy podróżnicy nie myślą o innych (chociaż w tym wypadku nie nazwałbym Ktosia, który zostawił śmieci nad Wisłą podróżnikiem). Powinnością podróżnika jest zostawić miejsce obozowania w takim samym stanie, jak się je zastało.

Często jednak widzę, że ktoś zostawia wypalony krąg po ognisku, zdeptaną trawę, porozrzucane śmieci…

Dokładnie tak, jak to zastaliśmy w miejscu, które wybraliśmy na nocleg. Chociaż ciężko wymagać posprzątania popiołu czy podczesania trawy od kogoś, kto zostawia po sobie stos śmieci.

Ok, może osoby, które dotarły na miejsce przed nami zostawiły tylko popiół, może nawet zalały go wodą, ale miejsce w którym obozujesz, czy też bawisz się zawsze powinieneś pozostawić w takim stanie, jak je zastałeś. Bo w przeciwnym wypadku psujesz wizerunek innych podróżników, a ja po dotarciu na takie miejsce nie tylko muszę je za ciebie posprzątać, ale co gorsza, muszę się za ciebie wstydzić.

Ognisko

Sztuka palenia ognisk polega na tym, aby było jak najmniejsze i jak najmniej dymiło. Dzięki temu zmniejszamy wpływ naszych działań na środowisko i nie przyciągamy niepowołanych gości. Dlatego trzeba zbierać suchy chrust, a potem stopniowo dokładać go do ognia. Poza tym, rozpalanie wielkiego ognia, do którego nawet nie można zbliżyć się, żeby upiecz kiełbaskę z logicznego punktu widzenia jest bez sensu.

Wieczorem po dogaśnięciu naszego ogniska, zalałem popiół wodą z Wisły. Nad ranem zaś, przed wyruszeniem w dalszą drogę, wykopałem dziurę w ziemi, do której zgarnąłem popiół, zasypałem, a odkrytą, świeżą ziemię, zakamuflowałem trawą tak, że nikt po przyjściu na to miejsce nie zorientowałby się, że ktoś tu w nocy był.

Kilka słów o jedzeniu w podróży

Jak już wspomniałem wcześniej – jedzenie zabraliśmy ze sobą, chociaż wzięliśmy go zdecydowanie za dużo. Po drodze można było spokojnie się zaopatrzyć w lokalnych sklepach.

Jeśli wybierasz się na weekend i zastanawiasz, co jeść podczas takiej przejażdżki, to odpowiadam: najlepiej to, co na co dzień. Ponieważ jednak cały dzień pedałujesz, potrzebujesz znacznie więcej energii, którą można uzupełniać np. za pomocą owsianych ciasteczek, albo czekolady.

Na 2 osoby zabraliśmy ze sobą:

  • kurczaka z warzywami (0,5 kg kurczaka i opakowanie warzyw na patelnię – podsmażone i zapakowane do pojemniczków) – obiad z głowy.
  • jajka na twardo – idealnie komponowały się z…
  • kiełbasą z ogniska – do tego…
  • kilka kromek chleba – i mamy doskonałą kolację.
  • czekolada (nie sprawdziła się) – rozpuszczona czekolada w ciepły dzień i podczas wysiłku fizycznego to nie jest rzecz, na którą ma się ochotę. Wróciła w całości z powrotem. Natomiast zdecydowanie lepsze okazały się…
  • ciasteczka wieloziarniste (16 sztuk) – idealna przekąską i spora dawka energii.
  • batoniki Muesli (8 sztuk) – dostarczają sporo kalorii.
  • woda – wzięliśmy 3 litry do picia i 1,5 litra do mycia. Ponieważ było gorąco, często uzupełnialiśmy ją w sklepach. Łącznie wypiliśmy chyba 7,5 litra, czyli prawie 4 litry na głowę w przeciągu 26 godzin wyprawy
Kiełbaska z ogniska

Kiełbaska z ogniska… Mmmm….

Na trasie poza wodą kupiliśmy także:

  • lody x4
  • batony czekoladowe x2
  • colę x1
  • bułki na śniadanie x4
  • wędlinę
  • pomidora
  • izotonik x1
  • IceTea x2
  • sok pomarańczowy x1

Jak mawia przebywający w Australii (vel. Austrii) mój znajomy Przemek„Jeść i tak musisz”. Koszty jedzenia poza tymi nadprogramowymi kaloriami są więc wkalkulowane w codzienne wydatki. Kompletując sprzęt z tego, co się ma, udało się nam więc zredukować koszty prawie do zera.

Coś więcej…

A gdyby tak w czasie podróży rowerem dookoła Krakowa zrobić przy okazji coś dobrego? Tak zupełnie przy okazji.

Postanowiłem przekazać wyjeżdżone kilometry Fundacji Poland Business Run, która może dzięki nim uruchomić centrum rehabilitacji dla osób niepełnosprawnych. Jeśli jeździsz rowerem też możesz dołączyć i pomóc.

Wszystko, co musisz zrobić, to dołączyć do drużyny Fundacji Poland Business Run w rywalizacji na Endomondo i rejestrować swoje przejazdy za pomocą aplikacji. Akcja trwa do 15.09.2017.

Rowerzysto! Wyjeździj z nami Centrum Rehabilitacji

No więc jakie miasto zamierzasz okrążyć?

Wideo z wyprawy

Na koniec krótki seans filmowy:

YouTube Preview Image

 

Wyprawa zrealizowana dzięki minim@ilistic.