Miał być wschód słońca na kopcu, a było…

Posted by in Mikroprzygody

Dzień dobry!

Otworzyłem oczy. W pokoju panował jeszcze półmrok. „To dobrze” – pomyślałem i sięgnąłem po telefon. 3:53. Budzik miał zadzwonić równo o 4:00. Unoszę głowę i spoglądam w okno. „Będzie słoneczny dzień” – stwierdzam i bezwładnie opadam głową na poduszkę.

Uwielbiam ten stan. Stan, kiedy budzę się tuż przed budzikiem, bo już czuję, że czeka na mnie coś niezwykłego. Przez uchylone okno dociera teraz do mnie śpiew ptaków, które o tej porze są nad wyraz aktywne. Ach, co za muzyka! Mieszkanie blisko lasu ma jednak swoje zalety. Leżę tak przez kilka minut.

Znów spoglądam na wyświetlacz telefonu. 3:57. Ta bezczynność mnie zabija. Blokuję budzik i zrywam się z łóżka, jakby na dźwięk rozkazu.

Szybko, szybko!

Stopy miękko odbijają się od ścieżki. Prawa, lewa, prawa, lewa, prawa… Rześkie powietrze zdmuchuje z twarzy resztki snu i zachęca do szybszego biegu. Miasto jeszcze śpi. Wbiegam do lasu.

Nagle niczym niezmąconą ciszę przerywa trzask gałęzi. Próbuję dostrzec cokolwiek, ale w ostatnich cieniach nocy, leśna gęstwina zlewa się w bezkształtną masę.

W ciągu dnia zwierzęta nie zapuszczają się tak blisko ścieżki. Kilka razy zdarzyło mi się zajść w głąb lasu i spotkać pasącą się sarnę. Dźwięk łamanych gałęzi był jednak zbyt intensywny, aby mógł być spowodowany przez atletyczne ciało parzystokopytnej. Poza tym zwierzę zapewne spłoszyłoby się słysząc zbliżające się kroki.

„Dziki!” – pomyślałem. Wolałem jednak pozostać nieświadomy tego, co siedziało w krzakach i nie czekałem na rozwój sytuacji. Przyspieszam i wciąż obserwując kierunek, z którego dochodziły niepokojące dźwięki oddalam się.

Ktoś mnie obserwuje!

Drogę na kopiec znam na pamięć. Więc gdy tylko dostrzegam jaśniejszą plamę na końcu ścieżki, wiem, że jestem już prawie na miejscu. Nie zwalniając kroku pokonuję kilka schodów i ruszam na szczyt. Szaro-niebieska barwa nieba pokrywa się teraz przecudną różową łuną na wschodzie. To znak, że zaraz słońce wychyli się nieśmiało zza horyzontu. Nie chcę się spóźnić.

Kopiec Niepodległości im. Józefa Piłsudskiego usypano na wzgórzu Sowiniec. Okala go brukowana ścieżka prowadząca aż na sam jego szczyt. Poruszać trzeba się po okręgu. Wychodzę właśnie z drugiego łuku, gdy w ułamku sekundy przemyka przed moimi oczami kupka futerka barwy pustyni o zachodzie słońca.

W pierwszym odruchu chciałem się zatrzymać, ale ciekawość wzięła górę. Gonię za kupką futerka. Znów się pojawia, ale tym razem zatrzymuje się na chwilę. Ja też się zatrzymuję.

Smukłe ciało na krótkich łapach zdobi puszysta, lśniąca kita. To Pan Lis. Patrzy przez chwilę na mnie z zaciekawieniem, a po chwili mówi: „Oswój mnie!”.

Ach! Przepraszam, to nie ta bajka. Oczywiście Pan Lis nic nie powiedział, bo przecież… lisy nie mówią, prawda?

W rzeczywistości było tak: „To Pan Lis. Patrzy przez chwilę na mnie z zaciekawieniem, a po chwili zniknął i tyle go widzieli”.

KONIEC!

Alternatywne zakończenie

Oczywiście to nie koniec, bo główny bohater jeszcze nie wypchał owcy, nie pokonał smoka, nie poślubił księżniczki i te pe.

Ech! Znowu nie ta bajka. Przecież nie było żadnej owcy, żadnego smoka, ani żadnej księżniczki. Był kopiec. I słońce. Wschód słońca.

No więc dzierżąc w dłoni kamerę wbiegam na szczyt skąd rozpościera się nieziemski widok na uśpione miasto, a nad nim przechodzące z barwy jasnobłękitnej, przez delikatny róż aż do intensywnego pomarańczu niebo.

YouTube Preview Image

Wróć…

Chciałem powiedzieć rozpościerałoby się, bo tak sobie wyobrażałem ten poranny spektakl. Jednak po wbiegnięciu na szczyt na pierwszy kadr wysunęła się plastikowa torba z Żabki przywiązana do barierki i powiewająca dumnie jak flaga na wietrze. Majestatyczne ujęcie delikatnie mówiąc trafił szlag!

A miało być tak pięknie

Rozglądam się dookoła. W tym momencie czar prysł. Księżniczka pewnie uciekła stąd przed północą. Wprawdzie nie zgubiła pantofelka ale zostawiła po sobie kapsle od butelek, puszkę po piwie, mnóstwo petów i oczywiście wspomnianą już torbę z Żabki.

Zamiast podziwiać w spokoju widowiskowy wschód słońca, przeczesuję centymetr po centymetrze teren, wydłubując z trawy kolejne śmieci.

Drodzy przyjaciele palacze

Chciałem powiedzieć, że w tamtym momencie straciłem resztek szacunku, jaki miałem do palenia papierosów. Następnym razem, gdy ktoś zapyta w mojej obecności, czy nie będzie mi przeszkadzać, że sobie zapali, odpowiem – „Będzie!”.

Rozumiem, że po zrobieniu 150 metrów przewyższenia, macie ochotę odetchnąć świeżym powietrzem, ale jeżeli już koniecznie chcecie się zabijać, to przynajmniej nie zabijajcie planety, na której inni chcą żyć.

Myślicie, że jak rzucicie peta w trawę, albo wciśniecie w piasek na plaży, to już go nie ma? Jest! Chciałem zauważyć, że objętość filtrów papierosowych, które pozbierałem na kopcu przewyższała objętość wszystkich pozostałych śmieci.

śmieci

Pety, kapsle, korek od wina, puszka po piwie, petarda, zapinka od bandaża i jakiś dziwny gumowy przewód…

Tym samym skończyła się moja tolerancja dla palenia papierosów. Rozumiem, że nie powinno się wrzucać wszystkich do jednego wora, ale kto z was nigdy nie rzucił peta, niech pierwszy rzuci kamień! Czekam na hejt w komentarzach pod artykułem.

Przygód ciąg dalszy

Pół godziny później jakieś 15 metrów kwadratowych ziemi zostało oczyszczone ze śmieci, które trafiły do zostawionej przez księżniczkę torby plastikowej.

Od początku jednak coś mi nie grało. Skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, aby przywiązać plastikową torbę do barierki i porozrzucać dookoła kapsle od piwa, to gdzie podziały się butelki?

Wszystko jednak stało się jasne już kilkanaście minut później. Nasza bohaterka – torba z Żabki miała bowiem siostrę bliźniaczkę. Siostra jednak ze względu na to, że była najedzona szklanymi odpadami, nie mogła powiewać dumnie na szczycie, dlatego postanowiła poczekać na dole. Ona jednak też chciała ubogacić to miejsce swoją obecnością, więc rozsiadła się w majestatycznej pozie pod skrzydłami orła.

Co z tego, że do najbliższego kosza na śmieci było zaledwie 20 metrów…

śmieci, kopiec piłsudskiego

To chyba ten tak zwany „patriotyzm”?

Co się robi ze śmieciami

Pewnie niektórzy ludzie nie wiedzą, że śmieci powinny lądować w koszu, skąd odpowiednie służby zabierają je do miejsc składowania, przetwarzania lub utylizacji. Dzięki temu wokół nas jest czysto… W miarę czysto…

A co jeśli ktoś o tym nie wie? Co zrobić ze śmieciami, które ktoś zostawił w miejscu, w którym zostawić ich nie powinien? Trzeba je pozbierać i wyrzucić do kosza.

sprzątanie kopca

Tak się wyrzuca śmieci.

Już słyszę oburzone głosy: „Czemu mam zbierać czyjeś śmieci? Ten Ktoś, kto je zostawił, powinien wrócić i je pozbierać!”.

Szczerze? Nie widzę tego. Dlaczego? Bo na świecie jest tylko Ktoś  i Ty. A Ktoś ma gdzieś porozrzucane śmieci…

Nie będę się nawet nad tym rozwodził, bo w genialny sposób opisali to moi dobrzy znajomi z Ekologo -> #300Miejscówka.

Co Ty z tym zrobisz?

Możliwość #1

Już za tydzień po raz szósty odbywa się akcja Czyste Tatry. Turyści wyruszają na tatrzańskie szlaki, aby sprzątać po innych turystach. Może to niesprawiedliwe, ale Ktoś tego nie zrobi. Jeśli chcesz spędzić dzień na łonie natury, a przy okazji uświadomić sobie, ile śmieci turyści zostawiają na górskich szlakach, weź udział w akcji.

Możliwość #2

Tak naprawdę śmieci są wszędzie – nie trzeba jechać w góry. Poszukaj zielonego miejsca blisko swojego domu. To może być park, jakieś wzgórze, las, brzeg rzeki lub jeziora. Weź ze sobą worek i rękawice i uprzątnij kawałek ziemi.

Co to da?

Szczerze mówiąc – niewiele. Na pewno zniknie trochę śmieci, ale za jakiś czas pojawią się nowe. Jeśli jednak dzięki temu uwrażliwimy chociaż jedną osobę, która widząc naszą syzyfową pracę, następnym razem wyrzuci swoje śmieci do kosza, zamiast na ziemię, to można powiedzieć, że odniesiemy sukces. Co Ty na to?