Byłem na wojnie!

Posted by in Aktywność, Przygoda

Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak wykończony, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jeszcze nigdy w życiu, nie byłem tak przeładowany skrajnymi emocjami: ból i euforia, osamotnienie i wdzięczność, rezygnacja i walka do upadłego. Jeszcze nigdy w życiu nie przesunąłem tak bardzo granic własnych możliwości.

Cel: zostać człowiekiem z żelaza.

Iron Run to konkurencja dla najtwardszych. Trzeba być naprawdę wszechstronnym biegaczem i dobrze radzić sobie zarówno na krótkich, jak i na długich dystansach. Kiedy podejmowałem decyzję o starcie, nie wiedziałem ile będzie mnie to kosztować. 5 biegów w 3 dni, wyśrubowane limity czasowe, brak regeneracji i myśli kłębiące się w głowie – to wszystko składało się na morderczą rywalizację. Ze 101 zawodników, którzy wystartowali w pierwszym biegu, całą serię ukończyło 91. Do Krynicy nie pojechałem po zwycięstwo. Samo ukończenie Iron Run było dla mnie ogromnym osiągnięciem. Udało się! zostałem żelaznym biegaczem. Może nie z najlepszego żelaza – Chela Mag B6, ale jednak z żelaza. Poniżej długa, szczegółowa relacja.

Dzień I

W drodze na front

Pobudka o 3:30. Odjazd pociągiem do Krakowa o 4:26. Podróż wykorzystuję na sen, bo kolejna okazja do niego nadarzy się dopiero po północy. W Krakowie spotykam się z kompanem broni – Tomkiem Olendrem. Wsiadamy w autobus i o 12:40 ruszamy do Krynicy na Festiwal Biegowy. Po 15 jesteśmy na miejscu.

„A imię jego czterdzieści i cztery”

I tu zaczynają się schody. Nie ma nas na liście startowej. Nie możemy odebrać pakietów. Musimy rozwiązać problem w dziale technicznym. Informatyk sprawdza w bazie nasze dane. „Pana numer startowy to czterdzieści cztery.” Odbieramy pakiety, przy okazji spotykamy Joasię Jabłczyńską, która startuje w Iron Run for Woman. W pośpiechu udajemy się na odprawę, z której de facto nic nowego się nie dowiadujemy. Opuszczamy więc salę przed końcem, tak jak większość zawodników. Marnowanie czasu jest teraz bezsensowne. Udajemy się do mieszkania, aby przygotować się do pierwszej konkurencji – Krynickiej Mili.

Krynicka Mila – 1609 m

Jak to na wojnie bywa – najważniejsza jest dobra strategia. Dzień wcześniej spędziłem kilka godzin na analizowaniu tras i rozpisywałem taktykę na każdy bieg. Pod milą zapisałem tylko jeden punkt – „biec najszybciej jak się da!” Na tak krótkim dystansie nie da się zaplanować czegokolwiek. Limit w tym wypadku wynosił 6:30 min. Wiedziałem, że jest to do zrobienia. Kończę bieg na 76 pozycji z czasem 5:52. Trzy osoby przekraczają limit i odpadają z rywalizacji.

Szachy

Wracamy na mieszkanie. O 22 musimy stawić się na zbiórce przed biegiem nocnym. Mamy ponad dwie godziny czasu, więc staramy się zasnąć. Nie da się. W pewnym momencie Tomek pyta: „Umiesz grać w szachy?” „Umiem” – odpowiadam. „To zagrajmy!” – mówi i wyciąga szachy z plecaka. Niestety nie mogę się skoncentrować i przegrywam 2 partie z rzędu. W tym czasie przyjeżdża reszta naszej biegowej ekipy: Rafał Jura, Artur PaciorekAndrzej Kozdęba, którzy biegną Bieg 7 Dolina na 100 km oraz Tomek Porzycki, który pobiegnie maraton. Wszyscy w skupieniu się przygotowują, a w międzyczasie, spoglądamy na mecz Polska-Czarnogóra.

Bieg Nocny – 7 km

Godzina 22:00 – jest ciemno i zimno. Wiemy, że część trasy, wiodąca przez las jest zupełnie nieoświetlona. Do startu pozostało pół godziny. Iron Run jest jednak biegiem etapowym, dlatego każdy zawodnik będzie startował z przewagą czasową, jaką wypracował sobie w poprzednich biegach. Po mili tracę około minuty do lidera. Biegu nocnego obawiam się najmniej. Limit 45:00 minut jest do zrobienia. Biegałem już takie dystanse poniżej 40 minut. Problemem może być teren. W regulaminie biegu czytamy:

Trasa selektywna; po starcie płaska na odcinku około kilometra a następnie długi i trudny podbieg pod „Romę” drogą asfaltową (na Tylicz) tam następuje nawrót i 3,5 km zbieg tą samą trasą na Deptak Krynicki.

Biegnę w bluzie, bo temperatura jest bardzo niska. Na szczyt dobiegam w 19 minut. Zbieg jest dużo prostszy. Na mecie pojawiam się po 34:45 minutach. Spadam na 96 pozycję. Niestety czuję, że nadwyrężyłem kostkę. Może przejdzie. Wracamy z Tomkiem na mieszkanie i po północy zasypiamy.

Dzień II

Pobudka

Chłopaki wstają około 2:00, bo o 4:00 startują w Biegu 7 Dolin. Zabawnie wygląda Artur chodzący w czołówce po mieszkaniu. 😀 Życzymy im powodzenia i ponownie staramy się zasnąć. Na dobre wstajemy o 8:00, aby zdążyć zjeść śniadanie 3 godziny przed startem. Drugiego dnia obawiałem się najbardziej. Dwa najtrudniejsze biegi przed nami. Myśli rozbiegają się raz do biegów z pierwszego dnia, raz do maratonu, który odbędzie się w dniu następnym. Trzeba się jednak skupić na aktualnym biegu, bo od niego zależy, czy wystartujemy w kolejnym.

Życiowa Dziesiątka – 10 km

Nazwa biegu nie jest przypadkowa. Trasa z Krynicy do Muszyny, wiodąca cały czas w dół pozwala na bicie życiowych rekordów. To właśnie profil trasy jest jedyną szansą na zmieszczenie się w morderczym limicie 48:00 minut. Do tej pory nigdy nie udało mi się zejść poniżej 50 minut na dystansie 10 km. Najpierw startuje bieg główny – około 3000 biegaczy. Zawodnicy Iron Run pobiegną kilka minut później. Tym razem moja strata do lidera wynosi już ponad 11 minut. Startuję więc praktycznie w samotności, co oznacza, że będzie dużo trudniej. Tłum dodaje motywacji. Samotność biegacza sprawia, że pojawiają się myśli o rezygnacji.

Taka myśl dopada mnie na półmetku. Na 5 kilometrze sprawdzam czas – 24 minuty. Uświadamiam sobie, że nie zrobię drugiej połówki w takim samym tempie. I wtedy odzywa się w głowie głos: „Zrezygnuj, przecież i tak Ci się nie uda. Nawet jeżeli Ci się uda, to nie zmieścisz się w limicie kolejnego biegu. Lepiej odpaść teraz i potem odpocząć.”, ale zaraz potem odzywa się drugi głos: „Nie odpuszczaj. Nawet jeżeli nie wyrobisz się w czasie, to daj z siebie wszystko.” I kiedy tak biłem się z myślami, na trasie pojawiły się zabudowania. Widok kibiców dodał mi energii.

Biegnę dalej i około 7 km doganiam końcówkę biegu głównego: Bosego Biegacza – Pawła Meja i biegacza o kulach – Roberta Pawłowicza. Widok tej dwójki wywołuje u mnie falę pozytywnej energii. Pozdrawiam ich i z nowymi pokładami siły ruszam ku mecie. Wbiegam do Muszyny i nagle zimny wiatr uderza mi w twarz. Przyspieszam jeszcze bardziej.

Widzę metę jakieś 200-300 metrów dalej. Spoglądam na zegarek – 47 minut za mną. Uda się albo się nie uda. Zmieniam styl biegu. Wybijam się z prawej nogi, a lewą (tą z kontuzją kostki) traktuję tylko jako amortyzator. W ten sposób jednym krokiem pokonuję odległość, którą pokonywałem wcześniej trzema. Na ostatnich stu metrach wyprzedzam kilkanaście osób. Jeden z kibiców komentuje moje zachowanie: „Dokicał do mety”. Wiem, że zaważyły sekundy, ale nie wiem czy zmieściłem się w czasie.

Niepewność

Idziemy z Tomkiem coś zjeść. Siedząc w pizzerii, wpatruję się smutnym wzrokiem w pelargonię na tarasie i zastanawiam czy przejdę do kolejnej konkurencji. Wydawało mi się, że jestem w tym momencie najbardziej zamyślonym człowiekiem w Małopolsce. Analizowałem, czy mogłem zrobić coś lepiej podczas biegu.

Moje wątpliwości zostały rozwiane dopiero godzinę później, kiedy to pojawiły się oficjalne wyniki. 92 pozycja, 47:33 min. – sukces! Zanim jednak o tym się dowiedziałem, spotkała nas miła niespodzianka.

Ja to mam szczęście

Idziemy do samochodu – ja z Tomkiem Olendrem jeszcze z numerami startowymi na koszulkach, Rafał Jura, który doznał kontuzji podczas Biegu 7 Dolin bez numeru, ale nadal w stroju biegowym oraz Tomek Porzycki z rodzicami „w cywilu”. Kilka metrów dalej Kenijczycy pakują się do samochodu. Nagle jeden bierze dwa szare pudła, podchodzi do nas, wita się z Tomkiem i ze mną i wręcza nam po jednym pudle. „For me?” – pyta Tomek. Kenijczyk kiwa głową i biegnie do swojego samochodu. Bierze jeszcze jeden kask rowerowy, tym razem już bez opakowania, podchodzi do Rafała i jemu też wręcza prezent.

Zdjęcie1208

(Może to znak, żeby zacząć trenować do triatlonu? 😀 Jakiś Iron Man?) Pozytywny akcent okazuje się początkiem serii dobrych wiadomości.

Szybka Trójka – 3 km

Pierwszą jest oczywiście ta, że zmieściłem się w limicie czasowym Życiowej Dziesiątki. Kolejne pojawiają się przed biegiem na 3 km, biegiem, którego wszyscy najbardziej się obawiali. Wprawdzie jesteś już jedną nogą na niedzielnym maratonie, ale najpierw trzeba wykrzesać z siebie tempo 4:10 min/km, aby zmieścić się w limicie 12:30 min, mając już w nogach prawie 20 km.

W pewnym momencie wśród Iron Runerów rozchodzi się plotka, jakoby to sędziowie znieśli limit czasowy. Później również drogą szeptaną dowiadujemy się, że trasa nie ma wcale 3 km, tylko 2,7 km. Wreszcie ktoś mówi, że wystartujemy wspólnie bez przewagi czasowej. Kilka minut później pierwszą i ostatnią informację potwierdzają sędziowie. Drugą potwierdza GPS, który pokazuje około 2,7 km trasy. Można więc bez stresu biec na własne możliwości. Ale pomimo zniesienia limitu, wszyscy kończą bieg poniżej 12 minut. Ja dobiegam na przedostatniej pozycji z czasem 11:03 min.

Radość

W czasie, kiedy z Tomkiem pokonywaliśmy Szybką Trójkę, Andrzej finiszował na dystansie 100 km. Tutaj znajdziesz jego relację -> Bieg 7 Dolin. Poszliśmy więc razem na Pasta Party i tuż przed koncertem Budki Suflera zmyliśmy się do mieszkania. Należało się bowiem porządnie wyspać, bo następnego dnia…

Dzień III

Koral Maraton – 42,195 km

Oczywiście spać się nie da. Budzę się o 4:00 rano. Ból mięśni i myśli kłębiące się w głowie skutecznie utrudniają ponowne zaśnięcie. Brak regeneracji powoduje, że stając z odciskami, obtarciami i zakwasami na starcie maratonu, czuję się, jakbym był już na 30 kilometrze. Tak jak w poprzednich biegach, najpierw następuje start biegu głównego, a dopiero później wypuszczani są zawodnicy Iron Run z przewagą czasową. Tracę 28 minut do lidera, więc na dogonienie jakiejś większej grupki biegaczy mogę liczyć dopiero około 25 km. Umawiam się więc z Pawłem, który startuje minutę za mną, że pobiegniemy razem. Pierwsze dwa kilometry pokonuję więc powoli, aby mógł mnie dogonić.

Biegnący przed nami Piotr też chyba myśli, że pokonywanie samemu takiego dystansu może być trudne i pozwala się dogonić. Czekamy jeszcze na Krzysztofa, który zamyka stawkę i w czwórkę biegniemy dalej. Za nami jest tylko radiowóz, oznaczający koniec maratonu.

Niestety Koral Maraton jest najtrudniejszym maratonem ulicznym w Polsce i potwierdza się to już na pierwszym poważniejszym podbiegu. 15 kilometr – okropny skurcz ścina Pawła z nóg. Ten jednak podnosi się po chwili i biegnie jeszcze około kilometra. Kiedy widzi, że już nie da rady, schodzi z trasy. Zostaje nas trzech. Już wiemy, że będzie ciężko, bo najtrudniejszy odcinek zaczyna się około 25 kilometra.

Około 18 kilometra kończy się podbieg i zaczyna dość długi, stromy zbieg. Chcę tutaj nadrobić trochę czasu, więc zostawiam towarzyszy i pędzę jak oszalały w dół. Utrzymuję tempo na 4:15:00, ale na 28 kilometrze pojawia się kryzys. Kolejne 10 kilometrów wiedzie bowiem pod górę, a moje mięśnie krzyczą, abym przestał.

Przechodzę do szybkiego marszu. Jestem na skraju fizycznego i psychicznego wyczerpania. Czuję rezygnację i osamotnienie na trasie. Już myślę, że nie ukończę tego biegu. Jednak nagle zdarzył się cud. Słyszę za sobą głos: ” Dlaczego idziesz? Teraz jest w miarę płasko. Za kilka kilometrów podbieg będzie solidny, więc tamten sobie podejdziesz.” Oglądam się za siebie i widzę starszego pana na rowerze. Podbudowany na duchu, zaczynam biec, a jednocześnie rozmawiać z rowerzystą.

Jego zasługą jest to, że dotarłem do mety przed zamknięciem trasy. On przez 12 kilometrów motywował mnie do walki, przywoził mi wodę (ale nie jakąś mineralną z butelki, prawdziwą górską wodę ze źródełka, której smak zapamiętam na długo), a kiedy widział, że chcę się poddać, śpiewał piosenkę Feela:

Pokonaj więc siebie, pokonaj siebie,
udowodnij, że można lepiej.

Był moim osobistym trenerem i miał do mnie naprawdę dużo cierpliwości. Nasza rozmowa bowiem wyglądała mniej więcej tak:

-Nie dam już rady.
-Dasz radę!
-Nie dam rady.
-Uwierz mi, że dasz radę.
-Naprawdę nie dam rady.
-Nie wierzysz w siebie. Uwierz w siebie! Nie przerywaj biegu.
-Podejdę kawałek.
-Spróbuj pobiec.
-Nie pobiegnę.
-Ale spróbuj. Tylko sto metrów i jesteś na górze.

I siłą rzeczy w końcu mu ulegałem. W ten sposób najgorszy podbieg, który wszyscy pokonywali marszem, ja pokonałem biegiem. Kiedy zaś wbiegaliśmy już do Krynicy, pan Wiesław nawoływał przechodniów: „Proszę o doping dla zawodnika!” Kilometr przed metą zorientowałem się, że przekroczyłem limit 4:30:00, ale chciałem ukończyć bieg, nieważne z jakim wynikiem.

I ukończyłem na 88 pozycji, mając za sobą jeszcze 3 Iron Runerów. Czasem 4:34:58 pobiłem swoją życiówkę z maratonu krakowskiego o 10 minut. Okazało się jednak, że limit był liczony do zamknięcia trasy, czyli miałem jeszcze 13 minut, aby zostać sklasyfikowanym. Dzięki temu stałem się żelaznym biegaczem, a ten cudowny medal dołączy do mojej kolekcji i będzie przypominał, że jedyna bariera to ta, która jest do przekroczenia.

medal iron run

„Nikt Wam nie kazał tego robić”

Tak powiedziała mama Tomka Porzyckiego, kiedy na mecie krzywiliśmy się z bólu. To prawda – nikt nam nie kazał. Sami podjęliśmy tą decyzję. Ale nikt nie zrozumie tego, co czuje maratończyk, dopóki sam tego nie poczuje. Kiedy szliśmy do samochodu z medalami na szyjach, kiedy każdy krok sprawiał okropny ból i kiedy ludzie patrzyli na nas z podziwem i empatią, głos zaczął mi się łamać, a łzy cisnęły się do oczu. A kiedy zamknąłem za sobą drzwi mieszkania, zostałem sam i uświadomiłem sobie, czego przed chwilą dokonałem, to usiadłem na łóżku i rozpłakałem się na dobre. „Bo jak prawdziwy chłop płacze, to musi być święto!”

W ogólnej klasyfikacji Iron Run zająłem 88 miejsce z łącznym czasem 6:14:11. Pokonałem prawie 64 kilometry. W pięciu biegach ustanowiłem 5 życiowych rekordów. Biegałem tak szybko, jak nigdy dotąd. A już za 250 dni będzie okazja do złamania 4:30:00 na maratonie w Krakowie. Po płaskim będzie łatwiej. Nasza ekipa jest już zapisana. Dołączysz do nas? Do 31.10.2013 r. niższe wpisowe. Zapisy tutaj -> 13. Cracovia Maraton.

 

Fot. „Iron Run” – archiwum własne