Autostopem na Słowenię

Posted by in Przygoda

Ten wyjazd marzył mi się już od roku, kiedy to po raz pierwszy zasmakowałem autostopu. Kilka tygodni temu rozmawialiśmy z Mateuszem o majówkowych planach i pojawił się pomysł wyprawy autostopem gdzieś na południe. Szybko zabraliśmy się za ustalanie szczegółów i tak 30 kwietnia, w pięcioosobowej ekipie dotarliśmy do wybrzeży Morza Adriatyckiego na Słowenii. Ale po kolei…

Zazwyczaj przed każdą podróżą mam mieszane uczucia. Z jednej strony jestem podekscytowany, a z drugiej mam pewne obawy. Tym razem było trochę inaczej. Już dzień przed wyjazdem, nie mogłem usiedzieć na miejscu. Godziny płynęły wyjątkowo wolno. W poniedziałek obudziłem się o 5 rano. Ala, Dominika i Mateusz mieli wyruszyć o 8. Postanowiłem ich pożegnać, bo realistyczny plan zakładał, że zobaczymy się dopiero na Słowenii. Ja z Sylwią wystartowaliśmy kilka godzin później i wtedy naprawdę poczułem, że to będzie wyjątkowy tydzień.

Bardzo szybko dostaliśmy się do Cieszyna i tam po raz pierwszy zmieniliśmy plany. Zamiast jechać przez Brno, odbiliśmy na Słowację. Decyzja, która wydawała się dobra, wcale taka dobra nie była. Po przejechaniu około 100 km, utknęliśmy bowiem gdzieś w okolicach Żyliny i nie było już mowy o złapaniu czegokolwiek o tak późnej porze. Na dodatek dostaliśmy wiadomość, że Ala, Dominika i Mateusz grzeją się już w cieplutkim pokoju u znajomego w Wiedniu (250 km dalej).

lublanaNie daliśmy jednak za wygraną. Już o 5 rano następnego dnia, zwinęliśmy namiot i ruszyliśmy na Bratysławę, a potem na Wiedeń. Bardzo szybko nadrobiliśmy stracone kilometry, ale stacja na której wysiedliśmy nie okazała się przychylna. Po kilku godzinach pewien Austriak powiedział, że podrzuci nas kilka kilometrów dalej na lotnisko. Okazało się, że mój niemiecki strasznie zubożał i zdołałem zrozumieć tylko, że wysadzi nas w dobrym miejscu i że zatrzymywanie samochodów w tym miejscu „ist verboten”. „Ja, ja!” – odpowiedziałem i wysiedliśmy. Wtedy dopiero przypomniałem sobie, że „verboten” znaczy „zakazany”.

Znów byliśmy w beznadziejnym miejscu. Po kolejnej godzinie, zatrzymał się młody chłopak w nowiuteńkim, czarnym SUVie. Mówi, że wprawdzie nie jedzie w naszym kierunku i w zasadzie to samochód nie jest jego, a on tylko wozi nim ludzi na festiwal filmowy, ale chce nam pomóc i podrzuci nas w lepsze miejsce. Tak więc wydostaliśmy się z Wiednia, a stamtąd już szybko złapaliśmy stopa do Graz, z Graz na granicę austriacko-słoweńską i w końcu do Lublany. W Lublanie spotkaliśmy się z resztą ekipy. Nad ranem ruszyliśmy do ostatecznego celu naszej podróży – Piranu.

piran

Piran to wyjątkowe miasteczko. Mieszają się tu wpływy włoskie, austriackie i bałkańskie. Tworzy to barwny obraz tego miejsca. Wąskie, strome, brukowane uliczki zbiegają się na Piazza Giuseppe Tartini, czyli na miejskim rynku. Jednak rynek ten jest jednocześnie wielkim placem zabaw. Chłopcy grają tu w piłkę, a bramką jest dla nich płotek wokół pomnika wielkiego kompozytora – Giuseppe Tartiniego. To tak, jakby w Krakowie kopać piłkę o pomnik Adama Mickiewicza. Pomiędzy rozstawionymi stoiskami z tradycyjnym jedzeniem biegają kilkuletnie dzieci. Trochę starsze, jeżdżą na hulajnogach, deskorolkach, rowerach. Najciekawsze jest to, że nigdzie nie widać ich rodziców. Na miejscu spotykamy autostopowiczów z Gdańska. Okazuje się, że nie tylko my wybraliśmy sobie Piran za cel autostopowej wędrówki.

Mateusz znalazł apartament prawie w cenie kempingu. Zrezygnowaliśmy więc z kolejnej nocy w zimnym namiocie. Miękkie łóżko, prysznic i ciepły posiłek były wtedy dobrem luksusowym.

Droga powrotna początkowo nie była kolorowa. Musieliśmy przejść sporo kilometrów, aby znaleźć dobre miejsce do stopowania. W końcu się udało, ale dotarliśmy zaledwie do Lublany, gdzie znów czekał nas nocleg w namiocie, a następnego dnia długa wędrówka na wylotówkę. Czekaliśmy prawie dwie godziny w trochę beznadziejnym miejscu, ale w mojej głowie ciągle była autostopowa mądrość:

Jeśli jest beznadziejnie, to tylko po to, żebyś w ostatecznym rozrachunku mógł powiedzieć „nie mogło być lepiej”!

jumpingphotoSprawdziło się! Zatrzymały się dwie Hiszpanki, które do swojego samochodu zabrały całą naszą piątkę! A kiedy już ruszyliśmy, okazało się, że jadą prosto do Wiednia. Nie mogło być lepiej! Wysiedliśmy na stacji pod Wiedniem i znów się rozdzieliliśmy. Ala, Dominika i Mateusz ruszyli na Wiedeń, a mi i Sylwii udało się złapać stopa prosto do Brna. W Brnie zaczęła dręczyć mnie myśl, że utkniemy tam na noc, ale Sylwia zadecydowała, że pójdziemy piechotą w lepsze miejsce, oddalone o jakieś 7 km. Na szczęście…

Szliśmy, szliśmy i szliśmy i wprawdzie nie dotarliśmy do celu, bo po drodze zastała nas okropna burza, ale zdołaliśmy schronić się na lokalnej stacji benzynowej. Była praktycznie pusta, poza jednym samochodem… z polską tablicą rejestracyjną. Podeszliśmy, zapytaliśmy i… usłyszeliśmy odmowę. Byłem już przekonany, że nie uda nam się do rana wyjechać z Brna, ale byliśmy zdecydowanie dalej niż wstępnie zakładaliśmy. Pozostała trójka tkwiła jeszcze pod Wiedniem. Po kilku minutach Polak, z którym rozmawialiśmy podszedł do nas i powiedział, że mogą nas zabrać do Katowic. Po chwili już pruliśmy w kierunku granicy.

W Katowicach byliśmy o północy i już trochę zmęczeni po 16 godzinach podróży, wsiedliśmy w autobus, który akurat odjeżdżał do Krakowa. Okazało się, że Ala, Dominika i Mateusz też już mknęli po czeskiej autostradzie prosto w kierunku Krakowa. O 3 już wszyscy dotarliśmy do domów i oddaliśmy się zasłużonemu odpoczynkowi.

To była fantastyczna przygoda.