Autostopem do Bośni i Hercegowiny

Posted by in Przygoda

To przyszło tak nagle. Wprawdzie po powrocie ze Słowenii padło hasło: „W wakacje jedziemy jeszcze raz!”, ale potem zapanowała głucha cisza… do czasu. Na pewno nie obca jest Ci sytuacja, kiedy spotykają się dwie osoby, które już dawno się nie widziały. Kiedy już wymienią się najważniejszymi informacjami, a głupio im tak stać i rozmawiać, jedna rzuca: „To spotkajmy się jakoś. Pogadamy, powspominamy stare czasy…”. Druga jej wtóruje: „Byłoby świetnie. Jeszcze się zdzwonimy”. Potem się żegnają i rozchodzą. Oczywiście nikt do nikogo nie dzwoni, ani nikt z nikim się nie spotyka.

Z tym wyjazdem mogło być podobnie, ale to zupełnie inna sytuacja i zupełnie inni ludzie. Czas uciekał, a ja pochłonięty sprawami zawodowymi zapomniałem. Aż pewnego wieczoru dzwoni do mnie Mateusz i pyta czy zaglądałem na Facebooka. Odpowiedziałem szczerze, że nie, ale zaraz po rozmowie odpaliłem wynalazek Zuckerberga, a tam wydarzenie ogarnięte, ludzie pozapraszani, termin ustalony. Pozostaje spakować się i jechać.

Jedna kwestia pozostawała tylko nierozwiązana – miejsce. Coś sensownego udało nam się ustalić na dzień przed wyjazdem – Bośnia i Hercegowina. Ruszamy następnego dnia rano!

W drogę!

hungaryOczywiście rano okazało się godziną 13, a w planie mieliśmy spędzić noc w Budapeszcie. W efekcie do Budapesztu dotarli tylko Mateusz z Edytą. Ja i Dominika wybraliśmy okrężną drogę i dojechaliśmy autostradą do Bratysławy z zamiarem wjechania na Węgry następnego dnia. Pozostała trójka dojechała zaledwie do granicy polsko-słowackiej, gdzie z samego rana mieli ruszyć tirem „do Budapesztu, a może i dalej”. Wtedy jeszcze żadne z nas nie wiedziało… Tak w błogiej nieświadomości minęła nam noc. W nocy zaś spotkała nas tak absurdalna sytuacja, że aż boję się ją opisywać, bo i tak pewnie nie uwierzycie…

Wymiana żon

Siedzimy na ławce w Bratysławie, zapakowani w śpiwory i przykryci folią NRC. Dominika zasypia, a ja wpatruję się w psychodeliczne mruganie lampy ulicznej. Przed nami ogromny parking, a na nim może dwa samochody. Mijają sekundy, minuty godziny… W końcu na parking podjeżdża samochód, potem następny i kolejny. „Spory ruch, pewnie zaraz będzie świtać” – pomyślałem. „Mogliby chociaż nie świecić po oczach”. Po około 15 minutach parking jest pełny. Kilkadziesiąt samochodów ustawionych naprzeciw nas. W tym momencie coś zaczyna mi nie grać. Widzę, że Dominika otwiera oczy i chyba zaczyna się zastanawiać, czy to sen.

Wszystkie samochody to nowe kombi, albo minivany. Co więcej w każdym z nich statystycznie znajduje się jeden mężczyzna – kierowca i 3-4 kobiety. W tym momencie zaczyna się dziwne przedstawienie. Kierowcy otwierają bagażniki i wyjmują z nich walizki, a następnie przenoszą je według sobie znanego algorytmu do innych samochodów. Potem z pojazdów wysiadają kobiety i również mieszają się według określonego algorytmu. Wszystko nadzoruje dwóch mężczyzn, którzy spiesznym krokiem poruszają się w tłumie i zaznaczają coś na specjalnych arkuszach papieru. Godzinę później parking znów jest pusty i tylko w naszych głowach odbija się echem pytanie: „O co tu chodzi?”. Chyba nigdy się nie dowiemy…

Budapeszt? Nie tym razem!

Z samego rana zaczynamy łapać stopa do Budapesztu. Niestety nikt nie jedzie w tamtym kierunku. Na stacji poznajemy Bogdana – autostopowicza z Ukrainy, który uświadamia nam, że tego dnia na Węgrzech jest święto i cały ruch tranzytowy został wstrzymany. Mamy ogromne szczęście! Dlaczego? O tym za chwilę. Zmieniamy więc kierunek podróży i postanawiamy jechać przez Austrię. Po kilkunastu minutach siedzimy już w czerwonym vanie, którego wystrój przypomina trochę domek Barbie. Wszechobecny róż przeplatany jest motywami Hello Kitty, a za kierownicą siedzi Iana – wesoła blondynka z Czech.

ianaPędzimy lewym pasem austriackiej autostrady, a słowa Iany: „Za trzy godziny będziemy na Słowenii” napawają mnie optymizmem. Na rozmowie o totalnie wszystkim mija nam czas. Zatrzymujemy się na austriacko-słoweńskiej granicy. Iana wysiada z samochodu, podbiega do jednego Turka i załatwia nam przejazd prosto pod granicę z Bośnią. Przesiadamy się i pędzimy dalej.

W tym samym czasie Ala, Sylwia i Mateusz wjeżdżają na Węgry, a Edyta z drugim Mateuszem jedzą śniadanie w Burger Kingu w Budapeszcie. Biedni. Jeszcze nie wiedzą, że będą musieli spędzić 24 godziny na stacji benzynowej zanim opuszczą kraj Madziarów.

Banja Luka

Około 16 przekraczamy granicę z Bośnią, a o 17 docieramy do Banja Luki. Miasto wita nas specyficznym klimatem. Oglądamy puste muzeum, pozamykane kościoły i pocztówki wydrukowane na zwykłym papierze biurowym. Czujemy się, jakbyśmy się cofnęli w czasie o 20 lat. Dzieci bawią się na trawniku pod soborem prawosławnym, a starsi panowie grają w szachy w miejskim parku. Kosmos!

Następnego dnia docierają do nas Mateusz z Edytą. Zostajemy jeszcze jedną noc w tym dziwnkanionym mieście i nad ranem jedziemy do Mostaru. Tam też mamy się zobaczyć z pozostałą częścią ekipy, która wybrała trasę wzdłuż chorwackiego wybrzeża. Droga do Mostaru wiedzie wzdłuż rzeki, imponującym kanionem. Nasz kierowca zatrzymuje się co jakiś czas, abyśmy mogli podziwiać bajkowe widoki. Z każdym kolejnym kilometrem temperatura wzrasta.

Mostar

W Mostarze zatrzymujemy się na dłużej. Miasto przecina rzeka Neretwa. Po jej wschodniej stronie mieszkają muzułmanie, zaś po zachodniej – chrześcijanie. Chociaż dla przyjezdnych taki podział wydaje się śmieszny, to miejscowi usilnie go respektują. Chrześcijański kierowca nie wjedzie do miasta od strony północnej, bo musiałby przejechać przez dzielnicę muzułmańską. Muzułmanin zaś nie pójdzie  do części chrześcijańskiej, bo jest muzułmaninem. Gdzieś w tym wszystkim znajduje się największa atrakcja turystyczna Mostaru – zabytkowy, XVI-wieczny most, który symbolicznie łączy świat islamski i chrześcijański.

mostar

Jest już dość późno, kiedy znajdujemy miejsce na rozbicie namiotów. Dopiero rano orientujemy się, że równina, w której się znaleźliśmy otoczona jest szczytami górskimi. Widoki zapierają dech w piersiach. Do zwinięcia obozowiska ponagla nas głośna rozmowa prowadzona przez dwóch Bośniaków… na pobliskim drzewie.

Dzień mija nam na zwiedzaniu. Wieczorem mają dotrzeć do nas Ala, Sylwia i Mateusz, którzy po drodze z Chorwacji zostali jeszcze zaproszeni na bośniackie wesele. W tym momencie jednak rozpętuje się burza. Woda leje się z nieba strumieniami, mrok rozświetlają pioruny. Nagle w całym mieście gasną światła, a w oddali słychać dźwięk syren. Byłaby z tego czołówka niezłego thrillera.

Ekipa w komplecie

friendsieW końcu naszym oczom ukazują się znajome twarze: Ala, Sylwia i Mateusz – przemoczeni, ale kipiący entuzjazmem, biegną w naszą stronę. Wzajemne relacjonowanie przygód kończy się około 4 w nocy. Następnego dnia robimy sobie szybki wypad do pobliskiego Medjugorie, potem ostatni, krótki spacer po Mostarze i wsiadamy do pociągu do Sarajewa. Całkiem przez przypadek zajęliśmy miejsca w pierwszej klasie i całkiem przez przypadek nikt nas stamtąd nie wyrzucił. Ale chociaż jechaliśmy pierwszą klasą, to warunki pozostawiały wiele do życzenia. Gdyby Ci kiedyś przyszło ponarzekać na PKP, to skorzystaj z usług Željeznice Federacije, a Twoje zdanie radykalnie się zmieni. Na szczęście widoki z okna rekompensowały wszystko (oczywiście trzeba było to okno otworzyć, bo nic nie było widać przez brudne szyby).

Sarajewo

Do Sarajewa docieramy późnym wieczorem. Rozbijamy się na terenie opuszczonej fabryki tuż pod Avaz Twist Tower – najwyższym budynkiem na Bałkanach. Zaraz potem zaczyna padać. Ala i Mateusz postanawiają jeszcze zrobić sobie nocny spacer po mieście, ale nie wracają zbyt zadowoleni. Powodem są stada bezpańskich psów spotkane w samym centrum miasta. My o ich istnieniu przekonujemy się dopiero następnego dnia. Są dosłownie wszędzie! I chociaż w dzień nie wyglądają już tak groźnie, to psują wrażenie o mieście, które wszyscy nam gorąco polecali. Około południa kończymy zwiedzanie i ruszmy w drogę powrotną – do domu.

Powroty

croatiaNie będę się zgłębiał za bardzo w szczegóły drogi powrotnej, bo w końcu nikomu nie będzie się chciało czytać tak długiego tekstu. Wracałem z Edytą i choć początkowo szło nam nieźle, to problem pojawił się w Banja Luce. Najpierw zorientowałem się, że mam rozpruty plecak. Na szczęście miałem przy sobie igłę i nici i naprawiłem usterkę. Potem zaczęliśmy łapać stopa w kierunku Chorwacji. Nie minęło 5 minut, kiedy tuż za nami zatrzymał się radiowóz i urządził sobie kontrolę drogową. Kierowcy widząc policjantów, rozkładali tylko ręce i jechali dalej. Usiedliśmy więc na trawce i czekaliśmy. W końcu podszedł do nas młody chłopak i kazał iść ze sobą. Jechał wraz z dwoma kolegami i aby nie narażać się policji, zaparkowali jakieś 100 metrów dalej. Zabrali nas prosto do Zagrzebia.

Rozbiliśmy namiot przy stacji benzynowej, a rano wsiedliśmy do pierwszej ciężarówki, jaka wyjeżdżała na trasę. W kabinie non stop leciało „Shine bright like a diamond”, a nasz kierowca, Turek powtarzał: „Rihanna – sehr gut!”. Dojechaliśmy do Mariboru, a stamtąd zabrało nas urocze małżeństwo z Czech i zawiozło prosto do Brna. Chociaż mieliśmy wystarczająco czasu, aby dotrzeć do Polski tego samego dnia, postanowiliśmy pozwiedzać miasto.

Dobro wraca

Wieczorem dostaliśmy smsa od Mateusza i Sylwii o mniej więcej takiej treści:

„Rozdajcie konserwy i pieniądze. My tak zrobiliśmy i jedziemy do domu, do Polski!”.

Zostawiliśmy więc resztę pieniędzy jako napiwek w czeskiej knajpie i poszliśmy szukać miejsca na nocleg. Kiedy tylko weszliśmy do namiotu, zaczęło padać. Padało całą noc i cały dzień. Przestało tuż pod polską granicą. Ostatni odcinek pokonaliśmy wprawdzie na raty, ale najważniejsze że po południu byliśmy już w Krakowie. Ala, Dominika i Mateusz dotarli do nas następnego dnia rano, po całonocnej jeździe. Wspólny obiad w Krakowie smakował jak nigdy dotąd.

Jeszcze wiele można by o tym wyjeździe opowiedzieć, ale to co najciekawsze znalazło się powyżej. Na deser krótki filmik z najciekawszymi momentami podróży:

A Tobie jak minęły wakacje?

Foto: archiwum własne, Dominika Wadowska, Sylwia Wiatr.